„Niektórych ludzi Bóg powołuje żeby byli sobą”.
Przeczytałam to zdanie kilka lat temu w pewnej książce, dogłębnie mnie poruszyło i od kilku dni do mnie „mówi”.
Dopiero dzisiaj rozumiem jego znaczenie, szczególnie, że w chrześcijańskie panuje wszechobecne przekonanie że mamy wyrzekać się „siebie” i umierać dla siebie. Nie rozumiałam tego i wyparłam się mojej duszy.
Tylko niewielu rozumie poprawnie znaczenie tego przesłania.
Otóż kiedy Bóg powołuje człowieka, który do czasu spotkania z Bogiem (nowego narodzenia) żył w zaślepieniu, kłamstwach o sobie wytworzonych przez ludzi i siebie, kiedy zbudował sobie fałszywe „ja”, co często dzieje się w wyniku wychowywania w dysfunkcyjnej rodzinie lub przez narcystycznego opiekuna matkę lub ojca, lub obojga, to zdanie o byciu sobą, nabiera głębi.
Każdy z nas na tej ziemi jest kształtowany przez system społeczny i rodzinny, który tylko w nielicznych przypadkach opiera się na prawdzie i Bożym sposobie myślenia i życia.
Większość z nas wyrosła, szczególnie w PL w dysfunkcyjnych środowiskach i nabywała przekonań o sobie i świecie w oparciu o to kto i jak kształtował nas w dzieciństwie.
Niestety nasz kraj jest szczególnie doświadczony historycznie co wpłynęło i w dalszym ciągu wpływa na naszą osobowość, bo głównie do niej w tym wpisie się odnoszę.
Osobowość kształtowana przez lęk, ucisk i niepewność. Kraj „katolicki”, w którym wielu w „dobrej wierze” czci ludzi i ich wizerunki zamiast Boga, bo głęboko w sercu nie wierzy przecież że sam Bóg chce nas kochać i z nami być i musimy się do Niego dobijać przez pośredników.
Od pokoleń poranieni, od pokoleń walczący albo z przeciwnikiem albo z systemem… zbudowaliśmy mury w sercach, obwarowane 10 przykazaniami i wierzyliśmy, że tak trzeba wychowywać dzieci, by nie miały tak źle jak poprzednicy i nie cierpieli jak oni. Tymczasem sprowadziło to nas do ról daleko odbiegających sercem od poszukiwania prawdy, bo w jej obliczu trzeba przyznać, że popełniliśmy błąd.
Twardy kark, twarde serce, duma narodowa i pycha, a wszystko to by przetrwać, by kontynuować „taniec – połamaniec” pokoleń, stają się przeszkodą by uwierzyć w Miłość.
Jak nagle kochać kiedy życie było walką !?
Jak ma kochać serce, które już nie czuje ?
Jak nagle uwierzyć, że nic nie musisz kiedy cała odpowiedzialność leżała na naszych barkach ?
Jak pokonać „goliata samowystarczalności” i poddać się Temu, który chce nas poprowadzić ku wolności. No jak ?
Otóż właśnie w tym tkwi klucz ! W poddaniu.
W skapitulowaniu. W zdecydowaniu, że wszystkie własne drogi cię zawiodły i nic już nie wymyślisz sama.
W uwierzeniu, że nic sami nie możemy, poza prowadzącym paradoksalnie ku śmierci przetrwaniu.
Poddaje się już 9 rok i … kiepsko mi idzie. 47 lat walki zrobiło głębokie rysy w mojej duszy.
Jednak Bóg, który mnie powołał walczy o mnie Miłością, bo widzi to, czego ja nie widzę i jest wierny. On wierzy we mnie, kiedy ja nie wierzę w siebie, ani w Niego.
On mnie zna na wylot, On wie, że kiedy się staram to polegnę, choć ja sama nie wiem i wydaje mi się, że dam radę.
Dawałam radę przez te wszystkie lata i myślałam, że to JA DAJĘ RADĘ, a to był ON !
Bóg powołał mnie bym stała się sobą !
Nie wiedziałam, że to właśnie będzie moim powołaniem.
Dając mi Słowa rhema kształtuje mnie prawdziwą.
Od 9 lat dostałam zaledwie i aż :
1. „Wyspowiadaj się” czyli pokutuj
2. „Uznaj, że Ja Jestem Bogiem”
3. „Uznaj swoją słabość”
4. i ostatnie jakie niedawno dostałam, to „Uniż się”
5…..
W życiu sama być tego nie dokonała, bo ja nawet nie rozumiałam znaczenia tych słów i nie miałam pojęcia jak mam to zrobić. To proces który trwa… nie wszystko dzieje się po kolei lecz cały czas Bóg dokonuje przemiany zgodnie z tym co powiedział.
On chce bym była Sobą prawdziwą taką jaką On mnie stworzył, nie tym kim stworzyły mnie okoliczności, trauma i ludzie w ciemności. On chce bym była na właściwej pozycji, bo już zarówno On jak i ja wiemy, że to właśnie brak zrozumienia tych 4 Słów doprowadził mnie do miejsca, z którego po ludzku nie było wyjścia.
Wierzę, że to nie jest tylko dla mnie. Wierzę, że to jest właśnie przyczyna wszystkich naszych problemów. Samowystarczalność i bycie swoim „bogiem”.
Przejście z jednej rzeczywistości / świadomości do drugiej jest możliwe tylko wtedy, kiedy to ON przejmuje kontrolę a mając przyklejone do siebie fałszywe „ja” które ma chronić nas przed bólem odrzucenia, po prostu jest to niemożliwe.
Dlatego tylko Bóg może nas odrzeć z iluzji fałszywego „ja” zbudowanego na traumie i pokazać nam naszą prawdziwą tożsamość.
Zrozumienie tego zajęło mi kilka lat ciężkiej walki z Bogiem, bym to ja naprawiła siebie a nie on.
Robiłam to całe życie i chciałam robić dalej, bo głos „nie zasługujesz” była tak głośny że wydawało mi się, że nie mogę go inaczej pokonać niż zmianą siebie, harówką by zmienić to co zepsute we mnie.
Tymczasem to co zepsute już zostało usunięte i proces odklejania i usuwania, uwalniania i oswajania trwa…
Nauka nowej siebie będzie trwała do końca, aż Bóg mnie stąd nie odwoła.
On powołał mnie do bycia sobą bez przykrycia, w autentyczności bez lęku przed oceną, ośmieszeniem i odrzuceniem i chce bym świeciła Jego światłem bez względu na to, czy to się komuś podoba czy nie, bo to co On zrobił już ze mną jest po ludzku nie do zrobienia !
Wychowywała mnie narcystyczna matka i babka, mój ojciec był i go nie było, dużo w rozjazdach, uległy a jednoczenie apodyktyczny i kontrolujący.
Silna więź z ojcem, który pozwala na wszystko i „chroni”, nie stawia granic i matka, której nie ma emocjonalnie, za to są wymagania i oczekiwania nie do spełnienia, odrzucenie, oskarżenie, zawstydzanie i ciągła pustka… ten krzyk o jej miłość i akceptację, by choć raz usłyszeć, że jestem ważna i jestem ok taka jaka jestem. Nie doczekałam się do jej śmierci żadnego „dobrego słowa”. Nawet na łożu śmierci odwróciła się ode mnie. Nie rozumiałam…
Dziś wiem i znałam to, że nie mogła inaczej, jednak ból zakorzeniony w sercu i ciele, wciąż się uwalnia i spotkanie z nim to prawdziwe piekło cierpienia.
Dziś wiem, że to nie była jej wina i tylko Bóg mógł ją zmienić i uwolnić, jednak to nie było jej dane. Cierpiała potwornie i mam dla niej ogrom współczucia.
Dziś wiem, że to również nie moja wina, że mnie nie kochała. Choć „wina” i wstyd stały się trzonem mojej starej tożsamości. Tożsamości Sylwii, która w buncie odrzuciała wszystko i wszystkich i myślała, że przez to jest sobą.
Bunt sprawiał, że czułam się „wolna” od manipulacji, choć paradoksalnie to właśnie bunt manipulował mną.
Wydawało mi się, że jestem wolna od wykorzystywania, ale pogłębiało to jedynie odrzucenie, izolację, samowystarczalność i samo… samo.. samo….
Nie znałam innego sposobu na nieczucie bólu, na ochronę, na chwilową ulgę od toksyczności, nie znałam Jego !
Nie znałam Miłości poza toksyczną, zależną, niszczącą „miłością”. Uzależnienie do poszukiwania „miłości” było motorem napędowym mojego życia i doprowadziło mnie do wołania o śmierć, by dostać NOWE ŻYCIE i poznać prawdziwego Boga !
Do tego czasu, zanim On się pojawił, nie było „mnie”, byłam przedmiotem wychowującym się na ulicy, w ładnych ubraniach, odżywiona, karmiona witaminami, kontrolowana nakazami, gniewem, milczeniem i krytyką; poważana i smutna, bo tak należy. Każdy przejaw radości był we mnie zabijany. „Śmiertelnie poważna !” jak życie w mojej rodzinie.
Moim nauczyciel w kryzysach była encyklopedia PWN i ludzie, przypadkowi ludzie, którzy zawsze coś chcieli dla własnych korzyści.
Manipulowana, zastraszana, wykorzystywana, poddana przemocy fizycznej i psychicznej, a jednocześnie poddana wszystkim i wszystkiemu by tylko zaznać ulgi, spokoju i miłości.
Strach przed człowiekiem, a jednocześnie ogromna potrzeba posiadania jakiekolwiek relacji.Strach i ogromna potrzeba miłości sprawiały konflikt nie do pogodzenia.
Godziłam się na wszystko, nienawidząc coraz bardziej siebie; dając się poniżać i poniżając innych;
Poznałam prawie wszystko, to co większość „normalnych” ludzi uważa patologię, dewiację i zgorszenie….
a jednak wciąż jestem i dziś coraz bardziej wolna i zdrowa na duszy tylko dzięki Niemu ! Nikt nie może sobie przepisać chwały, bo ja nikogo nie uznawałam za autorytet więc tym trudniej jest mi spełnić Słowo nr 2 – „uznaj że Ja Jestem Bogiem”.
„Dzięki” temu co przeszłam i dzięki temu że Bóg objawił mi siebie suwerennie, dziś jestem w stanie z łatwością odróżnić przemoc, manipulację, nadużycia i jestem na to bardzo czuła.
Bóg uczy mnie stawiania granic, których nigdy nie miałam. Zlewałam się ze wszystkim i ze wszystkimi. Dziś uczy mnie kim jestem w Nim i strzeże mnie bym nie dała się niszczyć i manipulować innym.
To wszystko uczynili mi ludzie, którzy często posługiwali się słowem „miłość” lecz jej nie znali. To nie był szatan, to byli ludzie których on używał. Nie zdejmuje to z nas odpowiedzialności za to komu służymy i co czynimy innym nawet wtedy gdy stoi za tym Lucyfer. Walki nie toczymy z ciałem, ale czasem jedynym wyjściem jest odcięcie od toksycznej relacji i zamknięcie drzwi dopóki pokuta się nie dokona, a i czasem to zbyt mało by odbudować utracone zaufanie.
Bóg ze mną był od początku !
Od samego poczęcia, bo już wtedy zostałam odrzucona.
Ja to wiedziałam, intuicyjnie czułam i nazywałam Go „Siłą Wyższą”. Czułam, że nade mną „coś” czuwa, bo normalnie powinnam już nie żyć i nie wychodzić cało z tego wszystkiego w co wchodziłam.
Byłam w tak ryzykowanych zachowaniach i sytuacjach, z tak połamanymi i zdeprawowanymi ludźmi, że dosłownie cudem wychodziłam z tych sytuacji, z nadużyć i przemocy jakiej doznawałam, z ryzykowanych zachowań, które mogły skończyć się ciężkimi uzależnieniami.
Jednak On wiedział i był zawsze, choć ja Go nie znałam.
On czuwał bym żyła, On chciała żebym żyła !
Każdy z nas jest tutaj do czegoś powołany, wezwany i wołany… nie ma życia bez sensu, nie ma takiego życia zaprojektowanego przez Niego, by przeżyć jakoś od pierwszego do pierwszego. Byle do przodu, byle do śmierci…
Bóg pragnie każdego z nas uzdolnić do tego, by żyć z Nim w miłosnej relacji. Ja wiem że to dla wielu brzmi abstrakcyjnie, kiedyś sama bym to wyśmiała, pomyślałam „wariatka” itp. Absolutnie rozumiem jak to jest być w miejscu ignorancji, niezrozumienia, rozpaczy, bólu i krytyki wszystkiego wokół. Odrzucenia. Jednak On to zmienił ! On dał mi zasmakować Siebie i gdyby nie to, w życiu bym dzisiaj tego nie napisała.
Nie każdy musi być na scenie, nie każdy musi biegać po ulicach głosić ewangelię, ale każdy z nas ze względy na swoją unikatowość i to co przeszedł na tym świecie, ma powołanie by służyć sobą… no właśnie SOBĄ.
I tu zaczyna pojawiać się sens zdania, które przytoczyłam na wstępie tego wpisu.
Co to znaczy być sobą ?
Zostawiam cię z tym pytaniem. Nie wszystko musi zostać napisane.
Dla Boga, który jest prawdą istniejesz Ty prawdziwy, Ty którego Bóg powołał by służył SOBĄ. To nie są traumy, to nie są przekonania o sobie, to jesteś PRAWDZIWY TY.
Jeśli cię powołał, to On cię do tego uzdolni, jednak to nie jest droga łatwa, choć wierzę, a nawet wiem, bo było mi dane to przeżyć i to zobaczyć, że „nagroda” za odarcie się ze starego i życie w nowym – prawdziwym ja, życie w prawdzie bycia SOBĄ, jest nie do opisania i przecenienia. To jest pływanie w ocenianie Miłości ze świadomością wszechogarniającej Miłości i lekkości. Bycie jak kroplą oceanu Miłości, która obmywa każdy brud i lśni słońcu niczym iskra. Te krople tworzą ocean nie do pokonania, nie do zatrzymania, zagarniający wszystko by stało się Jego częścią. Płynięcie w Nim to bezwysiłkowa doskonała radość bycie Jednym z Tym który stworzył ocean. Popłynęłam… 🙂
Tym wpisem pragnę oddać Jezusowi Chwałę, że czyni i uczynił coć czego żaden terapeuta tego świata nie mógłby ucznić.
Żaden lekarz, żadna terapia, żaden człowiek nie był w stanie dokonać tej przemiany, która wciąż trwa… trudno opisać ciemność w jakiej byłam, i trudno opisać tutaj proces w jakim to wszystko się działo. Przyjdzie i na to czas…
Dziś rownież wiem, że mam służyć Sobą również by świadczyć, że każda wewnętrzna przemiana jest możliwa, nawet z najbardziej „trudnych” przypadków jest wyjście.
Bóg dał mi odwagę, by pokonać wstyd przed świadczeniem o tym, co dla wielu wydaje się być „wstydliwe”, „trudne”, „ukrywane”. To właśnie najbardziej potrzebuje światła.
Bez odkrycia / ujawnienia, to nigdy nie może być uwolnione i przemienione.
Dlatego Jezus mówił wyznawajcie grzechy jedni drugim, nie po to by nas zawstydzać, lecz po to by ciemność przestała się chować pod fasadą „religijności”.
Bóg dał mi również świadomość tego, że to wszystko kim byłam, to nie jestem „ja”. Kiedyś byłam z tym „zrośnięta”, myślałam że taka właśnie jestem i próbowałam znaleźć rozwiązanie w „samorozwoju” i fałszywej duchowości.
To wszystko były drogi do nikąd, do pogłębiania się problemów, do utwierdzania się w przekonaniu o własnej sprawiedliwości i pozornej sprawczości. Drogi do „niezależności” które wikłały mnie coraz bardziej w zależność od ludzi, sytuacji, świata. Prawdziwa wolność to zależność od Boga. trudno nawet opisać tą „zależność”, bo ona staje się po prostu przyjemnością kiedy dzieje się ona w Miłości.
Chodzi jedynie o to by NIE BAĆ SIĘ SIEBIE, nie bać się być sobą. A to jeśli byłeś wychowywany w dysfunkcyjnym, toksycznym przemocowym środowisku jest po prostu niemożliwe po ludzku bez głębokiej przemiany wewnętrznej.
Są w świecie techniki terapeutyczne, są sposoby.. ale nie są one trwałe. Dają chwilową ulgę, dają możliwość panowania nad starymi nawykami, sposobami myślenia itp. Nie dają jednak trwałej zmiany, bo jedynie sam Bóg rodząc nas na nowo może zmienić naszą naturę i zacząć dokonywać przemiany wewnętrznej duszy transformując ją na swój obraz – tzw. uświęcenie. Ale najpierw zradza nas na nowo (staje się naszym Ojcem) i daje nam swoją naturę.
Kiedyś Bóg mi powiedział, że nie mam naprawiać ludzi, bo miałam i dalej mam takie tendencje zakorzenione w rolach które odgrywałam. Mam jednak dawać otuchę mówiąc o Nim i o tym czego dokonał dla mnie. To nie ja zmieniam, to nie ja pomagam lecz On stojący za mną i dosłownie posługujący się mną, jednak to co kojarzy nam się z wykorzystywaniem, szczególnie mi, staje się niewysłowioną radością służenia sobą jedynemu prawdziwemu Bogu, który jest Miłością.
Ludzie nie potrzebują mnie do tego bym naprawiała ich życie, lecz niosła otuchę, poświadczając ze ON Jest i że działa, tak samo od tysięcy lat. To On za mną stoi i zawsze kiedy zaczynam go wyprzedzać, on mnie hamuje. Uczę się… jestem w drodze.
Ja nikomu nie mogę pomóc, to iluzja bycia Bogiem sprawiała, że w okultyzmie próbowałam „pomagać innym”. To fantazja, że dusza może pomóc trwale innej duszy.. Z poziomu duszy nic nie możemy zmienić. Tylko DUCH może dokonać w nas trwałej przemiany i otworzyć nam duchowe oczy by widzieć.
Bycie sobą nie oznacza super mocy, bycie sobą to uniżenie siebie by po prostu być Jego narzędziem w Jego miłosiernym „uścisku” i działaniu dla innych. To służba Miłości, w której nasze błędy są przykrywane jego łaską.
Bycie sobą nie oznacza realizowania swoich pomysłów, bo prawdziwy TY to ON.
Bóg powołał mnie do Miłości, bo moja prawdziwa natura to MIŁOŚĆ. Nią mam służyć, w niej się doskonalić, bo On to Ja. On Miłość jest we mnie i Ja jestem w Nim Miłości.
W 2016 roku Bóg powiedział mi, ze nie ma nic ważniejszego dla nas ludzi niż MIŁOŚĆ. Cała reszta jest bez niej niczym. Żadne dary duchowe, wglądy, objawienia.. nic nie zastąpi MIŁOŚCI, bo z niej wszystko pochodzi i na niej wszystko się kończy. To co ponadnaturalne, staje się w niej naturalne. Ale to Miłość jest granicą, to Miłość jest Jego Naturą w Nas Prawdziwych, cała reszta to śmieci tego świata, które musza odejść im bardziej poddajemy się Jemu i tylko Jemu
Bądź błogosławiona / błogosławiony
❤
(zdjęcia z 2016 i 2025)

(zdjęcia z 2016 i 2025)





